La Folie Wrocław V/2015

Był listopad 2014 roku we Wrocławiu pojawiła się ekipa Stevena Spielberga z Tomem Hanksem. Amerykański reżyser wybrał Wrocław do scen z… Berlina. Nakręcono tu kilkanaście ujęć. Wspomniani panowie jednego wieczoru ni stąd ni zowąd wdepnęli do restauracji we francuskim klimacie na Placu Solnym. La Folie stało się w jednej chwili najbardziej pożądaną restauracją w mieście. Gazeta Wyborcza miejscowa, sąsiadka po skosie restauracji pisała, że restauracja ma rezerwacje na dwa miesiące zapewnione. Jak jest dzisiaj? Czwartek, pół roku później, pora obiadowa, znudzona para kelnerska, ja, Mikołaj i dwóch naszych znajomych z Wrocławia. Czar Spielberga prysł, a może w restauracji nie chodzi o to, kto tu jadł, tylko co można zjeść…

Wystrój lokalu sympatyczny, taki francuskiej przytulnej restauracyjki z kraciastymi obrusami. Z głośników sączy się muzyka również francuska. Czysto, schludnie, ale nieco muzealnie. Obsługa, lekko przygasła, jak ta pilnująca obiektów wystawienniczych, trwającą w oczekiwaniu na działanie. Kiedy weszliśmy do sali, wszystko jakby zaczęło nabierać życia i rozpędu. Trochę to przypominało zabawkę nakręcaną na kluczyk.

Pani kelnerka przyniosła menu, ale ja jak to mam w zwyczaju wybrałem sobie już dania w internecie przed wyjazdem z Poznania. Mój wybór się nie zmienił, chociaż kulinarna ciekawość kusiła mnie, bym sięgnął po… biodrówkę jagnięcą. To mięso jadłem kilkanaście minut wcześniej w FoodArt Gallery. Nie mam jednak w zwyczaju porównywać restauracji jednej do drugiej, a oceniać smak, wygląd itp. tej, w której jestem, szybko więc wróciłem do pierwszego wyboru. Byłem zadowolony, że na naszym szlaku pojawiła się La Folie, odrzucając kwestie hollywoodzkich gwiazd, ale biorąc pod uwagę produkty w karcie: foie gras, grasica, trufle, przegrzebki, okra, ziemniaki truflowe, filet z raji…LAFOLIE01

Na stole, co teraz jest normą, pojawiają się czekadełka i to te najbardziej popularne, bo własne pieczywo z masłem. To niby łatwe i proste… ale jeśli podaje się świeżo upieczone pieczywo, to piecze się chleb, który utrzymuje długo świeżość. Jeśli jednak bułeczki są odgrzewane, żeby były ciepłe, a dwie kromki chleba pszennego są sucharowate, to coś, co ma dobrze wprowadzić w kolejne posiłki działa na niekorzyść. Gość wysuwa czułki, wyostrza receptory i oczekuje, czy reszta będzie na poziomie, czy to jest tylko wypadek przy pracy, związany z tym, że w restauracji hula wiatr (nie jest to tylko moja opinia – zastrzegam). Ja wybrałem opcję wypadek przy pracy. Póki pamiętam – ciekawy sposób podawania pieczywa. Sprytne korytko z miejscem na pieczywo i masło, no i te ziarna jako podkład robią wrażenie. Ale tu znowu pytanie, jak często są wymieniane. Może lepiej byłoby na to położyć szybkę. Oki, nie czepiam się, to tylko przemyślenia w oczekiwaniu na przystawkę…

LAFOLIE02

…, którą była grasica, sałata, grzanki, purée z pasternaka, ziemniaki truflowe, szczypiorek, pomidor. Skusiła mnie grasica, która pojawia się i znika w naszych restauracjach, jak kasa w portfelu. Kiedy talerz wylądował, podany przez uśmiechniętą kelnerkę, zobaczyłem fajną kompozycję kolorystyczną, dość modnie ułożoną z jednego brzegu talerza. Feria kolorów szybko odpłynęła i zabrałem się za konsumpcję. Przeraziły mnie sterczące sztywne liście sałaty. Sorry nie spróbowałem, więc tylko wzrokiem ocenię, że była to sałata rzymska. Soczyście zielona, ale ordynarnie wielkie i sztywne liście, na których rozsypano okruchy grasicy, plaster ziemniaka truflowego pokrojony w drobną kostkę i pojedyncze kawałki grzanek. Pochylę czoło nad kucharzem, jeśli chodzi o pomidorki koktajlowe, które było pozbawione skórki, to rzadkość w naszych restauracjach. No i purée, które wzbudziło moje wątpliwości, ponieważ bliżej mu było swoją konsystencją i posmakiem do majonezu niż przecieranych warzyw z dodatkiem śmietanki i masła. W sumie porcja mikroskopijna, po odrzuceniu liści sałaty i niezachęcająca do próbowania kolejnych kreacji. Ale przyjechałem do Wrocławia, nie tylko dla przyjemności, ale i do pracy. Czekał na mnie kurczak.

LAFOLIE03

Kurczak kukurydziany, polenta, melon, kalmary, sos gorgonzola. Zacznę od kompozycji dania podanego na łupku. Szef kuchni chciał to danie utrzymać w kolorach black&with. Czarny łupek jasny kurczak, białe: melon, kalmary, sos gorgonzola. I ok. Ale dlaczego zabarwił polentę atramentem kałamarnicy na czarno. Ona zupełnie zginęła na talerzu. Może pozostawienie jej w naturalnym żółtym kolorze jeszcze bardziej uwypukliłoby kontrasty. Teraz kwestia składników. Co robią tam baby kalmary? Znowu kontrast? No chyba, że nawiązanie do owoców morza – atrament z kałamarnicy i krewetki oraz daleko idące – skarmianie kurczaka paszą z dodatkiem mączki rybiej. Dementuję od razu, kurczak był z tych kukurydzianych. Wracam jednak do kalmarów. One są dla mnie zbędne jak ten przysłowiowy jeden za dużo grzyb do barszczu. Patrząc na wysmażenie. Bez zastrzeżeń. Chętnie zjadłbym solidną porcję takich kalmarów z dobrym pieczywem i białym winem. Melon w daniu gra fajnie, daję nutkę świeżości i słodyczy, a sos gorgonzolowy ten potrzebny balans w postaci soli i goryczki przynależnej serom pleśniowym. Tyle od dodatkach, zajmijmy się aktorem głównym tego spektaklu kurczakiem. Soczysty, nieprzesuszony, chociaż wolałbym, jeśli ma skórkę by była skarmelizowana, ale nie będę się upierał. Zacząłem od mięsnej części. Kiedy doszedłem do kości, okazało się, że są tam przy niej surowe kawałki mięsa. Nie jest to stek, a takie podanie drobiu jest niedopuszczalne.

Plus w tej całej sytuacji – kelnerka wysłana przez kucharza, a może szefa kuchni, zapytała się: – Czy coś z tym kurczakiem było nie tak, bo pozostawił Pan spory jego kawałek? Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że przy kości mięso było surowe. Myślałem, że jak przekaże, to w kuchni to szef wyjdzie i weźmie to na klatę, przeprosi, coś zaproponuje. A tu… pojawiła się kelnerka z pytaniem, czy coś zjem na deser. Po dwóch daniach, do których miałem zastrzeżenia, nie miałem ochoty w tym miejscu nic jeść.

Nie dziwię się zatem, że lokal mimo atrakcyjnej lokalizacji świeci pustkami. Jak się okazuje, kiedy jedzenie jest takie sobie, to tłumy ściągnięte przez Spielberga nie zostały wykorzystane promocyjnie. Drugi raz taka sytuacja się nie zdarzy. A lokal? No cóż, idą wakacje, przyjadą turyści…

Copyright © 2015 Juliusz Podolski

SMACZNY TURYSTA

www.Pisze-Co-Widzialem.blog.pl

Brak komentarzy.

Czekamy na Twój komentarz

Musisz być zalogowany ,aby zostawić komentarz.

ZAREJSTROWANI INACZEJ TRAKTOWANI!

Rejestrując się na portalu WDK, dołączysz do kulinarnej elity. Dając Ci prawo do uczestnictwa w gorących dyskusjach na FORUM liczymy na Twój pozytywny wkład w Kulinarną Rewolucję.

Logowanie

Utracone hasło?

Zarejestruj się

Please contact the administrator.

Biblioteka Wszystko dla kucharzy
Kinoteka Wszystko dla kucharzy