ibis Kitchen Poznań I/2016

Od pewnego czasu postanowiłem łamać stereotypy. Wędruję zatem do miejsc w hotelach i galeriach, gdzie można przyzwoicie i dobrze zjeść. W swoich poszukiwaniach moją uwagę przykuła oferta Hotelu ibis i jego -odmieniony koncept gastronomiczny ibis Kitchen. Sprawdziłem ją w Poznaniu.

Wieki temu tam nie byłem, ostatnio na premierze francuskiego młodziaka, czyli Beaujolais Nouveau, wtedy, kiedy był tam szefem jeszcze… Tomasz Adamski. Bardzo wiele się zmieniło. Z ciepłej francuskiej klimatycznej restauracyjki, którą miałem w pamięci, trafiłem do poczekalni dworcowej, lokalu gdzie zjada się szybko i wychodzi. Mnie to nie odpowiada, bo lubię odrobinę przytulności, ale… przecież taka jest formuła hotelu. Znalazłem stolik w niszy z kanapą przy ścianie, zaopiekował się mną bardzo sympatyczny kelner i zatopiony w menu znalazłem dla siebie skrawek intymności, w której mogłem nastroić się do przeżywania kulinarnych emocji, na które liczyłem. A kieliszek Macabeo pozwolił przygotować się do dobrego wyboru.

burger

A ten nie jest łatwy, bowiem w karcie znajduje się 8 burgerów ciekawie skomponowanych i zachęcających do spróbowania. Po dłuższej chwili namysłu i rozmowie z kelnerem dokonałem wyboru. Na pierwszy ogień poszedł i-Salomon, czyli właściwie niepodawana w burgerowaniach buła z łososiem, który do towarzystwa zaprosił sałatę, pomidor, cebulę, ogórek konserwowy, ale w takim niemieckim stylu, czyli bardziej piklowym, chrzan i botwinę (teraz poza sezonem zastępuje ją burak gotowany). Łosoś to słuszny kawałek mięsa, bo 160 gram.

Kelner, który czynił honory domu, uprzedził mnie, że na każdy burger czeka się ok. 10 minut. To już mi się spodobało, bo zapowiadało, że lipy nie będzie. Czas oczekiwania upływał mi na obserwowaniu nakrywania mojego stołu. Pojawił się talerzyk ze sztućcami. Hurra… widziałem, że nie będzie gitary, czyli zbierania burgera z sosem z mojej ukochanej bluzy. No, ale rozglądając się po sali i widząc panów pod krawatem, inaczej być nie mogło. Dla tych jednak, którzy przegrywają walkę z hamburgerem, przygotowano rolkę ręcznika papierowego na podstawku, by szybko można było z niego skorzystać. Pojawił się też koszyczek z sosami. I to jest najsłabszy punkt… bo nie własne, ale Hienza. Rozumiem jednak, że to nakaz sieciowy, bo jak mnie poinformował zastępca szefa kuchni, kiedyś mieli swoje, ale… Jest tam sos czosnkowy, keczup, sos BBQ i burgerowy. Przejrzałem skład i tragedii nie ma. Nieźle smakuje ten burgerowy i ciekawy smak ma BBQ z wyraźnym aromatem dymu wędzarniczego, niestety idącym w kierunku chemicznym. Nie muszę do burgera mieć dodatkowego sosu, więc to nie był problem. Z dodatków warto zauważyć sól i pieprz świeżo mielony, i spory zapas… wykałaczek.

No i wreszcie na desce wjechał mój burger, a obok niego wiaderko z pachnącymi frytkami. Minus – mrożone, ale znowu prawa sieci, plus – gorące i chrupiące, bez absmaku oleju. Wysoki burger z rybą wyglądał apetycznie, chociaż przestraszył mnie wystający kawałek łososia lekko, no może bardziej niż lekko, przyrumieniony. Zacząłem od niego i… zaskoczenie, niewysuszony, delikatnie chrupiący z posmakiem chrzanu, a im dalej w rybę, tym bardziej soczysty, świetnie komponujący się z dodatkami. Okazało się, że ryba nacierana jest przed grillowaniem chrzanem. Jego ostrość, słodycz buraka i słodko-kwaskowy smak ogórka z chrupiącą cebulą stworzyły bardzo przyjemną kompozycję. Myślę, że wiosenna wersja z botwiną będzie jeszcze ciekawsza.

Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że o burgerze decydują dwa elementy buła i mięso. Dodatki to już tylko radosna twórczość autora burgera i nie one wpływają na to, że właśnie ten burger jest najlepszy w mieście. Wołowina była jeszcze przede mną, ale o bułce mogłem już coś powiedzieć. Mleczna, lekko słodkawa, dobrze przypieczona, ale nie twarda, lecz na tyle higroskopijna, że dobrze piła soki spływające ze środka. Dość powiedzieć, że nie „zeszmaciła” się i z przyjemnością można było ją zjeść.

burger1

Burgerem drugiego wyboru był i-Chilli. 200 gram wołowiny. Pytają jak wysmażyć, chociaż standardem jest midium. Ja poprosiłem taki tylko popieszczony przez patelnię, by był bardzo soczysty. Kucharz stanął na wysokości zadania, dzięki temu mogłem poczuć smak dobrej, siekanej, pachnącej wołowiny. A co więcej, wspomniana bułka zdała egzamin. Była bardziej niż smaczna, bowiem uratowała wszystkie soki z mięsa i dodatków, sama stając się atrakcyjna w jedzeniu. A jeśli chodzi o dodatki. Dwa grubsze plastry marynowanego jalapeno robią konkretną robotę. Nie jest to więc burger dla mięczaków. Jest jeszcze sałata, pomidor, salsa pomidorowa, cebula i marynaty. Sprytnym zabiegiem jest większa średnica kotleta od bułki. To podkreśla wielkość mięsa i od razu zachęca do jego spróbowania.

Z ważnych informacji trzeba dodać, że wszystkie burgery są na wynos, a także można powiększyć je o ekstra ser Cheddar i chips boczkowy. I właśnie o niego wzbogaciłem mojego burgera.

To było olbrzymie wyzwanie i gdyby nie drugi kieliszek wina tym razem Granache byłoby ciężko. Przyszedł więc czas na zieloną herbatę i podsumowanie. W szkolnej skali ocen daję 4 plus, lecz nie obniżam za to co zjadłem, ale za dodatki, o których wspomniałem – sosy i frytki. Myślę, że tu jeszcze zajrzę bo pozostałe burgery też kuszą np. i-Greek z fetą i bakłażanem oraz swojsko brzmiący i-Stefcio z podwójnym boczkiem, podwójnym cheddarem i sosem BBQ.

Brak komentarzy.

Czekamy na Twój komentarz

Musisz być zalogowany ,aby zostawić komentarz.

ZAREJSTROWANI INACZEJ TRAKTOWANI!

Rejestrując się na portalu WDK, dołączysz do kulinarnej elity. Dając Ci prawo do uczestnictwa w gorących dyskusjach na FORUM liczymy na Twój pozytywny wkład w Kulinarną Rewolucję.

Logowanie

Utracone hasło?

Zarejestruj się

Please contact the administrator.

Biblioteka Wszystko dla kucharzy
Kinoteka Wszystko dla kucharzy